wtorek, 3 lipca 2018

Bloger książkowy – bloger gorszy?




Wszyscy wiedzą, jak to właściwie jest z blogerami. Dzięki prowadzeniu bloga zarabiają miliony, żyją jak na wiecznych wakacjach, dostają mnóstwo prezentów od sponsorów, są wiecznie piękni i młodzi. Najbardziej opłaca się być blogerem „life’stylowym”, fit czy modowym. A co z niszą blogową? Co z blogerami książkowymi? No właśnie.

O blogerach książkowych mówi się rzadko, albo nie mówi się wcale. Blogerzy piszący o książkach są raczej niszą – zwłaszcza, iż zdarza się, że książki są traktowane jako element dekoracyjny półek czy świetny gadżet do zdjęć. No bo tak ładnie komponuje się ze stolikiem z Ikei, co nie? Dorzućmy do tego jeszcze bukiet kwiatków, filiżankę herbaty i mamy blogerskie, instagramowe zdjęcie idealne.

Blogi książkowe to taka niezauważana przez mainstream strona blogosfery. Znacie jakiegoś blogera prowadzącego blog o literaturze, który jest gościem w telewizji czy bohaterem ważnych portali typu Onet czy Interia? Masówka (kultura masowa w sensie) nie lubi za bardzo książek w blogosferze. Owszem, o książkach się niby mówi w mediach, jakie to czytanie jest ważne dla rozwoju mózgu i wyobraźni, zaprasza się pisarzy (choć czasem to pojęcie bywa względne) do programów śniadaniowych i na wywiady, ale prawda jest taka, że blogosfery książkowej właściwie się nie promuje. Bardziej opłaca się przeprowadzić rozmowę z szafiarką czy trenerką fitness, bo to takie modne i zdrowe.

Inną sprawą jest jakość tychże blogów książkowych. Chyba każdy natknął się na blogi dziewcząt, które za współprace z wydawnictwami gotowe są oddać dusze diabłu. Darmowa książka jest zawsze wychwalana (sama książka z kolei – nie zawsze czytana), recenzje napisane z błędami, a autorzy kłaniają się wydawnictwu wręcz do stóp.

Wydaje mi się, że głównie z powodu takich blogów występujących w sieci w myśleniu mainstreamowych mediów utknął stereotyp „blogera książkowego”, który tylko czyha na darmowe książki. Jasne, nie przeczę, dostanie książki za darmola jest bardzo fajne, ale chyba nie tędy droga. Życie nowo promowanej książki trwa jakieś dwa tygodnie – pisze o niej jakieś 50 blogerek (nie tylko książkowych), zachwycając się nią pod niebiosa, a potem… cisza. W efekcie wygląda to tak, że pół blogosfery pławi się nad najnowszymi książkami na rynku wydawniczym, kompletnie zapominając o tych wydanych wcześniej, łącznie z klasykami. Czy warto gonić ciągle za nowościami? Dlaczego nie pisze się o książkach sprzed roku czy dwóch? Czym to szkodzi? Wyskakiwanie książki z lodówki robi źle także samej książce, która zwyczajnie nudzi odbiorcom przez nachalne jej promowanie.

Bloger książkowy to nie krytyk literacki. Tu raczej nie ma dyskusji. Rzadko trafia się na merytoryczne wypowiedzi w stylu badaczy literatury; częściej pojawiają się subiektywne opinie, które z krytyką nie mają nic wspólnego (zresztą i tak czytelnicy oczekują raczej refleksji po lekturze bez naukowego polotu; inna rzecz, że czasem recenzje bywają tak fatalnie napisane, że aż oczy bolą). Poza tym blogerce głupio obsmarować książkę, którą dostała w prezencie – nie chcąc zaszkodzić wydawnictwu i sobie samej, woli opisać ją w samych superlatywach.

Na blogach książkowych da się zarabiać, jak zresztą na wszystkim. Trzeba jednak być mądrym i uczciwym dla własnych czytelników, który nie są idiotami i załapią, że czytany post jest sponsorowany. Co to za problem przyznać się, że ktoś ci zapłacił za publikację danego tekstu? Warto zamieniać się w bezwartościowy słup reklamowy i tracić wiarygodność i zaufanie czytelników?

Staram się mieć racjonalne podejście do blogowania. Nie współpracuję z wydawnictwami – lubię sama kupować sobie książki i sama z siebie wypowiadać się na ich temat. Zarówno je chwalę, jak i krytykuję. Czepiam się tego, co mi się nie podoba, bądź też rozpływam się nad genialną lekturą. Nadal jednak to moje subiektywne opinie, niczym nie dyktowane. Obserwuję nowości na rynku wydawniczym, czego dowód macie w comiesięcznych postach o premierach książkowych, ale znowu – nie mam współpracy z żadnym z wydawnictw, których oferty zamieszczam w postach (co więcej, nie wymieniam ani jednego, skupiam się jedynie na datach premiery), a wszystkie nowości wyszukuję sama. Chcę, żeby odbiorcy tego bloga mieli wybór wśród wielu książek, a nie tylko z kilku czy jednego wydawnictwa. Jasne, piszę też o filmach, ale nadal staram się być szczerą dla czytelników i nie serwować im bubli.

Warto trochę zastanowić się nad funkcjonowaniem książek w blogosferze. Trzeba poprawić kilka rzeczy i jeszcze więcej przemyśleć. Konieczna jest zmiana podejścia do blogów książkowych, które nie powinny być słupami do reklamowania książek – ich miejsce jest gdzie indziej. Sami blogerzy też muszą zmierzyć się ze stereotypami, nieuczciwością kolegów po fachu czy komercyjnością.

Niedawno podczas Big Book Festival odbyła się dyskusja blogerów i wydawców na temat blogosfery książkowej. Warto posłuchać, do czego zachęcam (tutaj). Do świadomego czytania – zarówno blogów, jak i książek – również. 

7 komentarzy:

  1. Tak sobie myślę, że zauważamy problemy w blogosferze książkowej, bo jesteśmy jej częścią, ale i pozostałe, powiedzmy odłamy, mają te same problemy. Zawsze wybijają się jednostki i to nie tak, że bloger książkowy nie ma szans - spójrzmy choćby na Wiolę z "Subiektywnie o książkach". Spójrzmy też na liczbę blogów lifestylowych i porównajmy ją z liczbą tych osób, które na blogu faktycznie zarabiają dość, by się utrzymać. Obawiam się, że relacja będzie podobna we wszystkich odłamach blogosfery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do całej blogosfery to się zgadzam, choć w tekście chodziło mi raczej o stereotypy na temat postrzegania blogerów książkowych czy blogerów w ogóle. Wiolę czytam i jej mocno kibicuję. :)
      Wydaje mi się po prostu, że książki są trochę odsunięte na bok dla mainstreamu. Ale tu też dochodzą stereotypy o nudnych lekturach chociażby czy hasło "czytanie czyni mądrym". Rzadko też promuje się blogerów piszących o książkach, nie wiem, może się mylę, ale takie odnoszę wrażenie.

      Usuń
  2. Muszę się zgodzić, raz napisałem recenzję krytyczną i wydawnictwo napisało do mnie z pretensją. Wydawało im się, że wysyłając darmowy egzemplarz (ebooka), kupili sobie prawo do wpływu na moją opinię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poważnie...? Co za brak profesjonalizmu.

      Swoją drogą, bardzo podoba mi się Twoja strona - szczególnie zainteresował mnie kurs pisania. :)

      Usuń
  3. Mam trochę podobnie jak ty. Piszę bloga, ale o książki dbam sama - kupuję, wypożyczam z biblioteki oraz korzystam z Legimi.
    Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy bloger powinien pisać o książkach, czy promować książki. I czy współpraca z wydawnictwem jest podstawą działania blogera książkowego. Zresztą to się tyczy nie tylko blogera książkowego, bo często widzę, że blogerzy od kosmetyków są jedynie miejscem do promocji firm.

    Według mnie każdy powinien sobie odpowiedzieć na pytanie, po co prowadzi bloga. Dla zysku, z pasji, z chęci pisania. Każdy cel jest dobry, tylko inaczej wtedy wygląda nasza praca. Nie potępiam tych, którzy chcą zarabiać na blogu - jak najbardziej blogowanie może być pracą. I nie należy się z tym kryć. Ale też nie można uznawać, że cały świat blogosfery książkowej to relacja wydawca-bloger i to jest głównym problemem, jak ta relacja przebiega.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, biblioteka i ebooki też się liczą. :)

      Da się pisać o książkach bez współpracy z wydawnictwem. Tylko właśnie - pisać o książkach czy promować książki? Blogerka modowa ma pisać o ubraniach czy promować marki? Wydaje mi się, że to indywidualna kwestia każdego blogera.
      Jasne, wszystko zależy od tego, po co właściwie komuś blog. Nie potępiam tego, że ktoś chce na tym zarabiać, bez przesady. Relacje z wydawnictwami to też nie najważniejszy problem. Chodzi może, hm, o podejście do blogosfery książkowej? Że wizerunek blogera książkowego nieco kuleje? Książki nie są najpopularniejszym medium, aczkolwiek to już raczej indywidualna sprawa odbiorcy, na jaki nośnik historii się decyduje.

      Usuń
  4. Interesujący post. Niektóre przytoczone przez Ciebie sytuację naprawdę są widoczne.
    Ja w swoich recenzjach zawsze chcę przekazać prawdę o danej książce,a i tak często jak wstawiam dość nieprzychylną opinię o danej książce, która jest popularna, czuję się z tym dziwnie.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń