piątek, 21 grudnia 2018

7 filmów Ingmara Bergmana, które obejrzałam w ramach projektu Bergman100


Ingmar Bergman, 1965; źródło: Wikipedia
Ingmar Bergman był jednym z najwybitniejszych reżyserów w Europie. Filmoznawcy i kinofile uznają go za twórcę niezwykle wpływowego, który poruszał w swej twórczości takie tematy jak istnienie Boga, samotność, trudności w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, miejsce artysty i sztuki oraz cierpienie i śmierć. Jego filmy są na wskroś psychologiczne, pesymistyczne i dosadne.

Czy lubię twórczość Bergmana? I tak, i nie. Nie jestem jakąś super-wielbicielką takiego kina, traktuję je jako ciekawostkę i intrygującą atrakcję, którą co jakiś czas sobie serwuję. Czasem lubię obejrzeć trudny i wymagający psychologicznie film, w zasadzie chyba dla sprawdzenia samej siebie, na ile będzie on dla mnie przystępny. Produkcje Bergmana wprost idealnie się do tego nadają. Nie są to filmy dla niedzielnego widza, przynajmniej nie wszystkie, na takie kino trzeba mieć nastrój, atmosferę i przede wszystkim wiedzieć co nieco o samym Bergmanie, który tworzył filmy w większości autobiograficzne.

Jakiś czas temu wspominałam na fanpage’u o projekcie Bergman100, organizowanym z okazji rocznicy urodzin szwedzkiego reżysera. W ramach przedsięwzięcia w kilku polskich kinach studyjnych można było obejrzeć wybrane filmy twórcy. Zdecydowałam się wziąć udział w tym wydarzeniu i spróbować choć trochę zrozumieć twórczość Bergmana. Udało mi się obejrzeć aż siedem filmów, o których pokrótce opowiem poniżej. Gotowi? To lecimy!

wtorek, 18 grudnia 2018

Josie Silver „Jeden dzień w grudniu” – recenzja



Nie wiem, co się dzieje, ale moja faza na romanse nie mija. Może to przez grudniową i świąteczną atmosferę na bookstagramie – napatrzyłam się na te cudne okładki świątecznych książek i naszło mnie na czytanie takowych. Jeden dzień w grudniu to już druga taka książka, którą zakupiłam sobie w tym roku. W zasadzie to jedna z listopadowych tegorocznych premier, więc jestem na bieżąco. A o czym to? Warto? Zobaczmy.
Josie Silver Jeden dzień w grudniu,
tytuł oryginalny: One day in December,
tłumaczenie: Grażyna Woźniak, stron 432,
Wydawnictwo Świat Książki, 2018
Ostatnią rzeczą, w jaką wierzy Laurie James, jest miłość od pierwszego wejrzenia. Jak na ironię, to właśnie ona pada jej ofiarą, kiedy pewnego grudniowego dnia zakochuje się w chłopaku, o którym nie wie zupełnie nic. Nie zna jego imienia, adresu, numeru telefonu czy charakteru, nigdy nie rozmawiali czy się spotkali. Zobaczyła go przez szybę autobusu, kiedy czekał na przystanku. Widziała go tylko raz, ale dokładnie pamięta jego oczy i tamto uczucie, które ją wówczas uderzyło. Przez kolejne miesiące Laurie, nie mogąc przestać myśleć o tajemniczym nieznajomym, nieśmiało szuka chłopaka. Po roku znajduje go – jej współlokatorka i najlepsza przyjaciółka Sarah przedstawia go Laurie podczas przyjęcia bożonarodzeniowego jako miłość swojego życia.

środa, 5 grudnia 2018

Natalia Sońska „Zakochaj się Julio” – recenzja


Choć w zasadzie nie przepadam za romansidłami, uznałam, że potrzebuję przeczytać coś w tym stylu. Ostatnio męczy mnie fantastyka i horror, mój mózg musi odpocząć po intrygach, mordach i wojnach. A ponieważ jestem wzrokowcem, skusiłam się cudną okładką książki Zakochaj się Julio, czyli romantycznej, zimowej powieści autorstwa młodej pisarki Natalii Sońskiej.
Natalia Sońska Zakochaj się Julio,
stron 304, Wydawnictwo
Czwarta Strona, 2017
Główna bohaterka książki to Julia Konarska. Jest nauczycielką matematyki w jednej z krakowskich szkół średnich, kocha swoją pracę i wychowanków. Całym sercem poświęca się nauczaniu i kształceniu młodych ludzi, wśród których cieszy się szacunkiem i poważaniem. Jest młoda, ambitna, pełna optymizmu i ma złote serce. Jakiś czas temu zakończyła poważny związek i nie w głowie jej amory, a zamiast tego woli skupić się na pracy, którą tak uwielbia. Tymczasem los ma dla niej inne zupełnie plany – podczas zimowych ferii, które Julia spędza wraz z uczniami, nauczycielami oraz przyjaciółką Olą na obozie narciarskim w Zakopanem, matematyczka przypadkiem poznaje Jakuba, przystojnego dewelopera. Spotkanie na górskim szlaku wywołuje istną lawinę wydarzeń, zaś fascynująca znajomość wiele namiesza w życiu bohaterów.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

27. Wrocławskie Targi Dobrych Książek – relacja



Za nami już 27. wrocławskie święto literatury. Nie zabrakło licznych spotkań autorskich, ciekawych prelekcji, atrakcji dla dzieciaków czy warsztatów. Obok trwała też druga edycja rękodzielnicznych Targów Wszystkiego Dobrego.

sobota, 1 grudnia 2018

Nowości wydawnicze: grudzień



Witajcie grudniowo!

Zaczął się ostatni miesiąc roku. Idą święta, czas prezentów i spędzenia czasu w gronie bliskich. Jakoś tak czekam na to w tym roku.
Listopad był ciekawy. Mieliśmy jechać na koncert do Krakowa, ale choróbsko zwyciężyło, w efekcie wpadł mi weekend w mieszkaniu. Nie narzekałam.
Jaki będzie grudzień? Liczę, że śnieżny – nie przepadam za zimą, ale śnieg to w zasadzie jedyne, co sprawia mi w niej radość, więc mam nadzieję, że się nie zawiodę. Nie mamy jeszcze żadnych planów na sylwestra – a co tam, spontan. Zaczynam za to od targów książki, a relacja na pewno się pojawi.  
W tym miesiącu jest nieco skromniej z nowościami, ale myślę, że i tak każdy znajdzie coś dla siebie. Miłego czytania!

BIOGRAFIE
 
premiery: 1, 5 i 12 grudnia

wtorek, 27 listopada 2018

Ian Tregillis „Wyzwolenie” – recenzja



Lubię serie, które wciągają i nie tracą poziomu w kolejnych częściach. Po lekturze pierwszej części Wojen Alchemicznych byłam zachwycona poziomem, rozmachem i klimatem opowieści. Podobnie zresztą było w przypadku kontynuacji. Czy Wyzwolenie, zwieńczenie epickiej trylogii autorstwa Iana Tregillisa, to udane zakończenie tej historii? Sprawdziłam.
Ian Tregillis Wyzwolenie, tłumaczenie:
Bartosz Czartoryski, tytuł oryginalny:
The Liberation. The Alchemy Wars: Book
Three, stron 432, Wydawnictwo
Sine Qua Non, 2017
Prowincja Centralna oczekuje wiadomości o upadku ostatniej frakcji Nowej Francji, Zachodniej Marsylii. Niespodziewanie dochodzi do niewytłumaczalnych zdarzeń – pozbawieni kontrolujących ich geas, rozszalali i żądni zemsty mechaniczni dokonują masowych ataków i mordów na haskiej ludności. Anastazja Bell, przywódczyni Nadleśnictwa (tajnej policji Imperium Holenderskiego – Świętej Gildii Horologów i Alchemików) dochodzi do siebie po starciu z Berenice, francuską agentką. Nie może jednak myśleć o spokojnym leczeniu ran, gdyż upada cały świat, jaki zna. Musi natychmiast wrócić do stolicy i podjąć kroki, aby powstrzymać te zmiany. Tymczasem Berenice szuka sposobu, aby mechaniczni służący wsparli Francuzów w walce z Holendrami, a król Sébastien III podpisuje rozejm z alchemicznymi buntownikami. Rozpoczyna się decydujący rozdział w dziejach świata.

piątek, 23 listopada 2018

„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda” reż. David Yates – recenzja


Seria o Harry’m Potterze to moje dzieciństwo. Uwielbiam te książki, filmy też ujdą (przynajmniej niektóre), znam to na pamięć i mogę recytować fragmenty w środku nocy i wstawiona. I choć z początku sceptycznie przyjęłam pomysł powrotu do tego świata i stworzenia serii filmów o fantastycznych zwierzętach, tak pierwsza filmowa część była nienajgorsza. Wcale nie miałam oczekiwań względem Zbrodni Grindelwalda, wcale i w ogóle. No bo kto by miał?
kadr z filmu „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda
[Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald]”, reż. David Yates
Fabuła filmu z założenia koncentruje się na tytułowym antagoniście, czyli Gellercie Grindelwaldzie. Czarnoksiężnik ucieka z więzienia i zaczyna gromadzić rzesze zwolenników, aby wspólnie dążyć do upragnionego celu – braku kompromisów pomiędzy czarodziejami a niemagicznymi. Powstrzymać go może jedynie Albus Dumbledore, jego niegdysiejszy najlepszy przyjaciel i wspólnik. Dumbledore po raz kolejny sięga po pomoc swojego byłego ucznia, Newta Scamandera. Newt wyrusza na poszukiwania Credence’a, który, nosząc w sobie obscurusa, wciąż poszukuje prawdy na temat swojej przeszłości. Jak się okazuje, nie tylko badacz fantastycznych zwierząt szuka chłopaka – Grindelwaldowi także zależy na tym, aby go odnaleźć i wykorzystać do swoich celów. 

czwartek, 15 listopada 2018

Haruki Murakami „Kronika ptaka nakręcacza” – recenzja



Proza życia potrafi zaskoczyć. Czasem jawa miesza się ze snem i nie mamy pewności, co zdarzyło się naprawdę, a co jest zwykłym urojeniem. O Murakamim mówi się, że to pisarz, który potrafi wyłonić z życia wszystkie jego absurdy i szaleństwa. Żeby się przekonać, czy to prawda, sięgnęłam po jego – ponoć – najlepszą książkę, czyli Kronikę ptaka nakręcacza
Haruki Murakami Kronika ptaka nakręcacza,
tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliot,
tytuł oryginalny: ねじまき鳥クロニクル 
Nejimaki-dori kuronikuru, stron 672,
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, 2013
Bohater utworu, Tōru Okada, to taki filozof o naturze melancholika. Lubi cytrynowe dropsy, muzykę klasyczną, czytanie i gotowanie. Z dnia na dzień rzuca pracę w kancelarii prawniczej, gdzie pełnił rolę chłopca na posyłki. Odtąd zajmuje się prowadzeniem domu, w którym żyje z żoną Kumiko, redaktorką magazynu o zdrowej żywności. Wkrótce w życiu bohatera zachodzi wiele niespodziewanych zmian – znika ukochany kot, zaś niedługo potem także i Kumiko. Do Tōru wydzwania też kobieta z dwuznacznymi propozycjami, a on sam zaczyna się miotać pomiędzy rzeczywistością a innym, dziwnym światem. Trafia do ogrodu domu wisielców, gdzie medytuje w wyschniętej studni, nawiązuje znajomość z kobietą-medium noszącą czerwony kapelusz z plastiku oraz jej siostrą, skrzywdzoną przez brata jego żony, wysłuchuje opowieści o okrucieństwach wojny i liczy łysych z dziewczyną z sąsiedztwa – a to tylko nieliczne jego przygody. W tle zaś skrzeczy ptak nakręcacz, który nakręca sprężynę świata i gdy przestanie, świat runie.

piątek, 2 listopada 2018

„Pierwszy człowiek” reż. Damien Chazelle – recenzja


W przyszłym roku minie 50. rocznica kosmicznej wyprawy na Księżyc, w której wziął udział jeden z bohaterów ludzkości, Neil Armstrong. Nie ma chyba osoby, która by nie słyszała tego nazwiska. Niedawno na ekranach kin ukazała się filmowa biografia astronauty, a reżyserii podjął się Damien Chazelle. 
kadr z filmu „Pierwszy człowiek [First Man]”, reż. Damien Chazelle
Bohaterem filmu jest Neil Armstrong, znany z faktu, iż jako pierwszy człowiek w historii ludzkości postawił stopę na Księżycu. Fabuła skupia się na jego życiu w latach 1961-1969. Obserwujemy fragmenty jego codzienności, m.in. śmierć małej córeczki, z czym nigdy się nie pogodził, oraz początek kariery jako astronauty, przygotowania do misji w kosmos czy zmagania z samym sobą. Neilowi towarzyszą pogrzeby kolegów z zespołu, dorastający synowie i ambicja, która wciąż pcha go naprzód. Cierpi na tym jego rodzina i on sam. Poświęca wszystko w imię sukcesu pierwszej wyprawy kosmicznej na Srebrny Glob.

czwartek, 1 listopada 2018

Nowości wydawnicze: listopad



Witajcie w listopadzie!

W październiku sporo się działo, głównie w moim blogowaniu. Założyłam wreszcie osobne, blogowe konto na instagramie, poświęcone w pełni temu, o czym piszę, czyli literaturze i kinematografii. Troszkę próbuję bawić się w bookstragama – okazuje się, że robienie ciekawych zdjęć książkom czy ulotkom filmowych może być wyzwaniem. Zapraszam tu!
Ogromnie się cieszę, że październik wreszcie się skończył. Bardzo zmęczyłam się tym miesiącem, który na maksa mnie obciążył – wpadło mi trochę wydatków i wypłata stopniała w błyskawicznym tempie. No ale nic, listopad nie może być gorszy.
Jesień rozkwita – mocno wieje, pada i temperatura głupieje. To tylko zachęca do zakopania się pod kocem oraz otoczenia książkami i herbatą. Niezmiennie odsyłam też do wpisu o tym, co jeszcze można porobić w jesienne wieczory.
Wydawcy solidnie rozpieszczają miłośników czytania w listopadzie, bo w tym miesiącu ukaże się bardzo dużo nowych książek. Zapraszam zatem na zestawienie listopadowych premier książkowych. Miłego czytania!

BIOGRAFIE
 
premiery: 14, 15, 26 i 28 listopada

środa, 31 października 2018

„Księgarnia z marzeniami” reż. Isabel Coixet – recenzja


Mnóstwo jest filmów czy książek o spełnianiu marzeń. Nic dziwnego, bo temat jest bardzo nośny i lubiany. Zazwyczaj opowiadane historie kończą się szczęśliwie – w końcu kto chce słyszeć o bohaterze, któremu nie do końca się udaje? Jednak życie to nie bajka i nie wszystkim zawsze wychodzi. Tak jak w filmie Księgarnia z marzeniami, który jest adaptacją nagradzanej powieści autorstwa Penelope Fitzgerald. 
kadr z filmu „Księgarnia z marzeniami [The Bookshop]”, reż. Isabel Coixet
Niewielkie, senne miasteczko w Anglii w końcu lat 50. Florence Green jest wdową z szesnastoletnim stażem i ogromną miłośniczką książek. Kocha czytać, rozmawiać o książkach i dzielić się wrażeniami z lektury. Postanawia spełnić jedno ze swoich marzeń i otwiera własną księgarnię, jedyną we wsi położonej na wybrzeżu. Walczy z wilgocią w starym budynku, biurokracją, zimnem i niechęcią mieszkańców. Wkrótce jednak pierwszy książkowy sklep w okolicy zaczyna się podobać. Florence sprowadza dla swoich klientów światową literaturę, m.in. Nabokova i Bradbury’ego. Zdobywa też sympatię miejscowego miłośnika czytelnictwa, samotnego wdowca Edmunda Brundisha. Tymczasem nie wszystkim podoba się książkowe przedsięwzięcie – wpływowa generałowa Gamart staje na głowie, żeby uprzykrzyć życie i interes Florence. 

poniedziałek, 29 października 2018

5 filmów, które obejrzałam na American Film Festival


American Film Festival to wrocławska filmowa impreza poświęcona niezależnej kinematografii prosto z USA. Od dziewięciu lat gromadzi sporą publiczność, która wybiera wśród dokumentów, retrospektyw, spotkań i warsztatów.

wtorek, 23 października 2018

Katarzyna Berenika Miszczuk „Druga szansa” – recenzja



Lubię horrory. Lubię ten dreszczyk niepokoju, kiedy wczytuję się w historię pełną tajemnicy i grozy. Wciągam się w to, choć wiem, że jest to tylko fikcja. Czuję potem lęk i niepokój, jestem nieswoja. Cóż poradzę, że mimo to zaczytuję się w „strasznej” literaturze? Nic dziwnego, że Druga szansa autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk wpadła w moje ręce.
Katarzyna Berenika Miszczuk
 Druga szansa, stron 352,
Grupa Wydawnicza Foksal/
Wydawnictwo Uroboros, 2013
Młoda dziewczyna imieniem Julia budzi się w sali szpitalnej. Jest osłabiona, przerażona i nie potrafi sobie przypomnieć, jak się tu znalazła. Co więcej, nie pamięta, jak się nazywa, jak wygląda ani kim jest. Wkrótce odwiedza ją lekarka, Zofia Morulska. Terapeutka, jak przedstawia się dziewczynie kobieta, informuje ją, że cała jej rodzina zginęła w pożarze, a tylko ona ocalała. Dowiaduje się również, że przebywa w ośrodku psychiatrycznym „Druga Szansa”. Tutaj ma dojść do siebie po traumatycznych przeżyciach i odzyskać utracone wspomnienia. Tymczasem podczas sesji z Morulską Julia za nic nie potrafi sobie przypomnieć tego, o czym mówi jej lekarka – pamięta swoje życie, ale zupełnie inaczej. Dziewczyna zaczyna też widzieć zjawy i słyszeć tajemnicze szepty. Jest coraz bardziej przerażona – nie potrafi zaufać samej sobie. Niepokojące wnętrza szpitala, szaleństwo w jego murach oraz kraczące za oknami kruki wcale jej w tym nie pomagają…
Szpital psychiatryczny, przywidzenia, omamy, problemy z pamięcią – znamy te motywy nie od dziś i nie od wczoraj. Nie znaczy to jednak, że z tych oklepanych (wydawałoby się) pomysłów nie da się uszczknąć czegoś nowego i świeżego. Druga szansa zdecydowanie należy do tych pozycji książkowych, którym się to udało.
Książkę czyta się naprawdę rewelacyjnie. Język pisania jest prosty, ale to nie przeszkadza w uruchomieniu wyobraźni. Bez trudu widziałam białe i sterylne korytarze, upiornych sanitariuszy, szalonych podopiecznych czy wielkie kruki prześladujące bohaterkę. Niby nie ma tu nic odkrywczego – ot, pacjentka szpitala psychiatrycznego rodem z filmów grozy – ale wiele razy autorka robi czytelnikowi psikusa i wytrąca go z przyzwyczajenia do schematów (choć sama też z nich korzysta, co robi jednak w umiejętny sposób). Zwroty akcji są częste i zaskakujące, co tylko uatrakcyjnia lekturę. Akcja dzieje się szybko, fabuła rozwija się ze strony na stronę, a niepokojąca atmosfera gęstnieje z każdą chwilą.
Polubiłam też bohaterów. Oprócz Julki jedynymi młodymi osobami w ośrodku są Adam, Iza i Paweł – przedstawieni zostali dość schematycznie, zwłaszcza ostatnia dwójka, ale jakoś nie przeszkadza to w odbiorze. Moje serducho skradł niepokorny Adam, który nie dość, że przejawia jawne zainteresowanie Julką, to jeszcze jest bezczelny, niejednoznaczny i skryty. Osobowości postaci nie są zbyt złożone, nie mamy za bardzo szansy ich poznać, ale mimo to Miszczuk tak nimi kieruje, że chwilami można mieć wątpliwości, kto tu gra do jakiej bramki.
Druga szansa jest moim kolejnym spotkaniem z pisarstwem Katarzyny Bereniki Miszczuk – i na pewno nie ostatnim. Powieść czyta się rewelacyjnie, działa na wyobraźnię, z bohaterami można się utożsamić, język jest łatwy i codzienny, a do tego niezła intryga i niebanalne zakończenie – czego chcieć więcej? Więcej takich książek. Polecam nie tylko miłośnikom literatury grozy. 

wtorek, 16 października 2018

Jakub Małecki „Ślady” – recenzja



Lubię twórczość Jakuba Małeckiego i jakoś specjalnie się z tym nie kryję. W ostatnim czasie ten pisarz gościł u mnie na blogu dosyć często (<klik>). Tym razem udało mi się nadrobić ostatnią już książkę przed premierą najnowszej w dorobku autora (mowa o Nikt nie idzie, który pojawi się w księgarniach 31 października). Tymczasem zapraszam na recenzję zbioru opowiadań zatytułowanego Ślady.
Jakub Małecki Ślady, stron 304,
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2016
Ślady to wielobarwna mozaika ludzkich życiorysów. Przeplatają się tu różni bohaterowie, których łączy lęk, strach, niepokój i cały ogrom emocji. Wszystko zaczyna się od Tadeusza Markiewicza, który ginie na wojnie, ale nie umiera na niej cały. Kiedy pada na ziemię z rozerwaną głową, od tej pory trwa w życiach innych. Odciska piętno na życiu choćby Bożeny, swojej dalekiej krewnej – światowej sławy modelki, która nigdy nie przestaje uciekać przed samą sobą. Jej ojciec zaś, Ludwik, budzi się co rano, nie mając pojęcia kim jest, a jednak codziennie próbuje być kimś. W tej poszarpanej plątaninie portretów psychologicznych przewijają się wojna, odrzucenie, blizny, dziwactwa, szaleństwo, nałogi, samotność, namiętność, wielkie marzenia, ucieczka przed przeszłością, zaduma, refleksje, nienawiść i cała masa rozczarowań.

środa, 10 października 2018

Jak pisać maile do wykładowców?


Kiedy idziesz na studia, trafiasz do innego świata. Środowisko akademickie rządzi się swoimi prawami, które trzeba zrozumieć i przestrzegać. Jednym z najważniejszych z nich jest korespondencja z wykładowcami. Pisanie maili do prowadzących wymaga przestrzegania kilku reguł grzeczności językowej.

Nie da się ukryć, że elektroniczna komunikacja ma mnóstwo zalet. W dobie wszechobecnego internetu trudno nam wyobrazić sobie kontaktowanie na odległość bez pomocy sieci. Nie ominęło to także sfery akademickiej – dużo łatwiej jest napisać maila do prowadzącego, niż szukać go po całej uczelni i czekać w kolejce pod jego gabinetem, kiedy pilnie coś potrzebujesz.

Jednak kontaktowanie się z pracownikami uczelni wyższych jest całkiem różne od standardowych maili. Tutaj należy pamiętać o kilku zasadach, które pozwolą Ci nie przekroczyć pewnych granic i nie wyjść na niewychowaną osobę.

Kiedy poszłam na studia, nie miałam pojęcia, jak pisać takie maile do prowadzących. To jest nagminny problem wśród studentów pierwszego roku, którzy nie mają świadomości, że trafiając na wyższy level kształcenia się powinni przestrzegać panujących tu zasad. A te obowiązują również i pisanie maili. Poniżej podzielę się więc kilkoma radami, jak pisać elektroniczne wiadomości do wykładowców w taki sposób, żeby się nie narazić ani nie naruszyć zasad grzeczności językowej.

O czym więc trzeba pamiętać, kiedy zabierasz się za pisanie maila do prowadzącego? Zerknij poniżej.

ADRES E-MAILOWY I TEMAT WIADOMOŚCI

Przede wszystkim bądź poważny i pisz z poważnego adresu mailowego. Wysyłanie wiadomości do wykładowcy ze skrzynki, gdzie widniejesz jako seksi_aga01@buziaczek.pl czy fajnyziomek@spoko.pl nie sprawi, że wykładowca spojrzy na Twojego maila przychylniej, a wręcz przeciwnie. Najlepiej załóż nową skrzynkę z imieniem i nazwiskiem i to właśnie z niej korzystaj w uczelnianej korespondencji („poważnego” maila także wykorzystać podczas np. szukania pracy).

Ta sama sprawa ma się z tematem wiadomości. Nigdy nie wysyłaj maila wykładowcy bez wypełnienia pola tematu. Jeśli pozostawisz to miejsce puste, nie zdziw się, gdy Twoja wiadomość zostanie po prostu przeoczona przez wykładowcę – nie masz pewności, czy nie otrzymuje on kilkunastu maili dziennie. Temat maila powinien być zwięzły, krótki i treściwy, aby odbiorca nie kłopotał się z odgadnięciem Twojego problemu. Idealny tytuł wiadomości to streszczenie jej treści w kilku słowach.

FORMUŁY GRZECZNOŚCIOWE

Jak zacząć maila do wykładowcy? Na pewno nie od „Witam”, „Dzień dobry” czy „Panie Marku”. Wykładowca to osoba wyższa rangą, więc student obowiązkowo zwraca się do niego zgodnie z jego tytułem. Najlepszym wyjściem na rozpoczęcie maila jest „Szanowny/a Panie/Pani” wraz z odpowiednimi tytułami naukowymi, jakie odbiorca wiadomości posiada. W zależności od stopnia może to być „Profesorze/Profesor”, „Magistrze/Magister” czy „Doktorze/Doktor”. Warto to sprawdzić, żeby nie popełnić gafy. Po zwrocie grzecznościowym rozpoczynającym wiadomość stawiamy przecinek, a treść zaczynamy od nowej linijki.

Co z zakończeniem? Podobnie jak z początkiem. Na bok odchodzą wszelkie „Do widzenia”, „Do zobaczenia” lub „Dobranoc”. Należy unikać także zwrotów typu „Pozdrawiam” i „Z pozdrowieniami”. Jasne, niektórzy wykładowcy spojrzą na to bez mrugnięcia, jednak zazwyczaj trzymaj się oficjalnego języka. Zakończ maila, pisząc „Z wyrazami szacunku”, „Łączę wyrazy szacunku” albo „Z poważaniem”. Dodaj też swoje pełne imię i nazwisko oraz kierunek i rok studiów – w nawiasie lub pod podpisem. To ułatwi wykładowcy identyfikację, kiedy np. wysyłasz pracę zaliczeniową.

BRAK EMOTIKONÓW I KOLOKWIALIZMU

Nie sądzę, żeby było tutaj coś więcej do tłumaczenia. W oficjalnych mailach do wykładowców i pracowników uczelni wyższych nie stosuje się emotikonów. Zachowaj je lepiej na czat z kumplami. Unikaj również potocznego języka – nie przystoi pisać do wykładowcy jak do koleżanki.

WIELKIE LITERY LUB ICH BRAK

W oficjalnej wiadomości do wykładowcy istotne jest odpowiednie używanie wielkich liter. Nie zapomnij o nich przy tytułach, także w treści maila. Zapomnij natomiast o Caps Locku – zarówno w tytule, jak i pozostałych elementach wiadomości.

POPRAWNA PISOWNIA I INTERPUNKCJA

Jeśli zdałeś maturę z polskiego, to chyba orientujesz się mniej więcej w gramatyce, ortografii czy interpunkcji, nie? W takim razie sklecenie pozbawionego byków maila nie powinno sprawić Ci specjalnych trudności. Przed wysłaniem maila upewnij się, że jest poprawnie napisany, nie ma w nim literówek oraz czy przekaz jest czytelny i jasny.

BEZ SZALEŃSTW W FORMATOWANIU

Tu też raczej nie przesadzaj. Stosuj jedną czcionkę w jednym rozmiarze przez całą treść wiadomości. Tak samo kolor – czarny jest okej. Jeśli chcesz coś zaznaczyć w tekście, możesz użyć podkreślenia albo pogrubienia. Caps odpada także i tu.

DOBRE ZAŁĄCZNIKI

Kiedy chcesz przesłać prowadzącemu pracę zaliczeniową, nigdy nie wysyłaj pustego maila z samym załącznikiem. Tekst musi być i to obowiązkowo. Nie zapomnij wspomnieć o tym w mailu, np. pisząc „w załączniku poniżej przesyłam pracę”. Upewnij się też, że wersja przesyłana wykładowcy jest prawidłowa lub czy nie ma wirusów.

KRÓTKO, ZWIĘŹLE I NA TEMAT

Zwięzłość jest kluczowa w pisaniu mailów do wykładowców. Nie ma tu miejsca na wynurzenia na temat powodów, dla których opuściło się zajęcia czy też nie napisało pracy na zaliczenie. Wyrażaj się jasno i klarownie, na temat i konkretnie, aby prowadzący zrozumiał Twoje intencje. Nie rozwlekaj wiadomości w nieskończoność – zmieść się w kilku zdaniach. Możesz też zamieścić podpunkty, jeśli nie masz pytań.

Korespondencja z wykładowcami to ważna część relacji student-prowadzący. Grzeczność językowa nie jest przeżytkiem, wręcz przeciwnie. Warto o tym pamiętać.

Na koniec mam bonus. Jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości odnośnie pisania maili do prowadzących, na stronach kilku uczelni możecie znaleźć wzory i porady, jak takowe wiadomości tworzyć. Łapcie!

środa, 3 października 2018

E-BOOK: Katarzyna Nosowska „A ja żem jej powiedziała…” – recenzja



Nie macie dość życia w social mediach? Ciągłego sprawdzania trendów, idealnych zdjęć, wymuskanego życia, atakujących zewsząd trenerów fitness, głupot celebrytów? Na pewno macie. Katarzyna Nosowska też miała i dla zgrywy zaczęła nagrywać filmiki na instagramie, w których wyśmiewa to wszystko oraz samą siebie. Wielki szał, gratulacje i w końcu zebrane treści filmików trafiły do książki jako felietony. Jak wyszło?
Katarzyna Nosowska świetną artystką jest – co do tego nie ma zmiłuj. Autorka tekstów, wokalistka zespołu Hey, laureatka wielu nagród. Jakiś czas temu przeżyła swój medialny renesans, a to za sprawą zabawnych filmików na instagramie. Dzieliła się swoimi spostrzeżeniami na przeróżne tematy, od związków przez miłość i jedzenie aż do celebrytów i diet skończywszy. Śmiała się z niedorzecznych zachowań, zwracała uwagę na dziwne mody i zmiany w relacjach międzyludzkich. W maju tego roku wypowiedzi artystki zostały zapisane w formie krótkich felietonów i zebrane w książce A ja żem jej powiedziała... . W ten sposób powstał zbiorek obserwacji dzisiejszej rzeczywistości z punktu widzenia artystki, kobiety, człowieka – Kaśki.

poniedziałek, 1 października 2018

Nowości wydawnicze: październik


Witajcie październikowo!

Wrzesień był trochę zabiegany, a trochę nie – takie pół na pół. Na początku miesiąca miałam więcej energii i czasu, potem nieco zwolniłam, więcej pracowałam, a mniej pokazywałam się na blogu, byłam też w rodzinnym domu w odwiedzinach. A potem przyszła jesień i walnęła mnie w twarz zimnem, wiatrem i niechęcią do wszystkiego.
No ale nie ma co narzekać, zaczyna się październik, jesień rozkwitnie w pełni i trzeba się przygotować. Jesień oznacza czytanie w kocyku i z kubkiem herbaty, bo komu by się chciało wychodzić z domu w jesienny wieczór. Jeśli jednak chcecie porobić ciekawe rzeczy jesienią, to zerknijcie na moje propozycje spędzenia jesiennych wieczorów (klik).
Planuję kilka rzeczy na październik, zatem ten czas będzie intensywny. Czytam aktualnie cztery książki, więc na pewno pojawi się jakaś recenzja, jeśli którąś skończę w najbliższym czasie. Wypatrujcie.
Tymczasem z okazji nowego miesiąca zapraszam na zestawienie październikowych premier – a jest w czym wybierać. Miłego czytania!

BIOGRAFIE
 
premiery: 3, 10, 17, 24 i 31 października

sobota, 15 września 2018

Veit Etzold „Cięcie” – recenzja



Nie da się ukryć, że żyjemy w dobie internetu. Relacjonujemy swoje życie w social mediach, piszemy o najdrobniejszych szczegółach, korespondujemy z nieznajomymi. A co, jeśli umrzesz, a żaden z Twoich znajomych na fejsie nie zorientuje się, że nie żyjesz? 
Veit Etzold Cięcie, tłumaczenie: Miłosz
 Urban, tytuł oryginalny: Final Cut,
stron 544, Wydawnictwo Akurat, 2014
Nadkomisarz Clara Viladis pracuje w berlińskim wydziale psychopatologii. Tę pracę wybrała z osobistych przyczyn – wiele lat temu jej młodsza siostrzyczka została uprowadzona i zamordowana. Po tym zdarzeniu Clara obiecała sobie ścigać i zabijać największych zbrodniarzy. Teraz, po zakończeniu kolejnej sprawy, szykuje się na zasłużony urlop. Tymczasem los krzyżuje jej plany. Policjantka otrzymuje tajemniczą kopertę z płytą CD. Jest na niej przerażające nagranie, na którym zamaskowany facet zabija młodą dziewczynę. Po wstrząsającym materiale policji udaje się dotrzeć do mieszkania ofiary, jednak wówczas okazuje się, że morderstwa dokonano… pół roku wcześniej, a rodzina i bliscy dziewczyny nic nie podejrzewali. Zabójca nazywający siebie Bezimiennym wciąga cały wydział i Clarę w swoją psychopatyczną grę. W międzyczasie w internecie rozpoczyna się emisja kontrowersyjnego reality show w stylu Top Model, przyciągający nieciekawych widzów – jeden z nich będzie mógł spędzić noc ze zwyciężczynią.

środa, 12 września 2018

„Mamma Mia! Here We Go Again” reż. Ol Palmer – recenzja


Dziesięć lat temu musical Mamma Mia! oparty na piosenkach ABBY podbił świat. Widzowie zakochali się w nowych aranżacjach znanych hitów oraz perypetiach Donny Sheridan i jej córki, która zaprasza trzech byłych facetów mamy, a zarazem swych potencjalnych ojców, na własny ślub. Zabawna opowieść okazała się niemałym sukcesem. W sierpniu tego roku do kin weszła kontynuacja musicalu z 2008 roku. Jak wyszło?
kadr z filmu „Mamma Mia! Here We Go Again”, reż. Ol Palmer
Po pięciu latach od wydarzeń z pierwszej części wracamy na piękną, grecką wyspę Kalokairi. Sophie, córka Donny, remontuje stary hotel należący do matki. Szykuje się na wielkie otwarcie miejsca, w którym osiedliła się jej matka po studiach. Co sprawiło, że śliczna i młoda dziewczyna postanowiła zostać na greckiej życie, by przeżyć tu najważniejszy okres swojego życia? Wraz z Sophie, przyjaciółkami Donny oraz jej byłymi partnerami cofamy się w czasie, by poznać przygody młodej i zwariowanej Donny Sheridan, która kończy studia, wyrusza w podróż, wdaje się w burzliwe romanse z trzema chłopakami i, gdy zachodzi w ciążę, postanawia zostać na wyspie i samotnie wychować córkę.

sobota, 8 września 2018

Jakub Małecki „Dygot” – recenzja



Czasem pewne zdarzenie wywiera wpływ na nasze całe życie. Ściga nas, dręczy, prześladuje. Jak koszmar, jak spełnienie najgorszych snów. Sprawia, że człowieka przejmuje wieczny dygot – ciarki, drżenie, wewnętrzne trzęsienie. Jedno zdarzenie, jeden wybór, piętno na całe życie, powracająca karma. I ciągłe wyrzuty sumienia, które potrafią zniszczyć życie. Tak jak w powieści Dygot autorstwa Jakuba Małeckiego. 
Jakub Małecki Dygot, stron 320,
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015
W książce poznajemy losy dwóch rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Janek Łabendowicz odmawia pomocy pewnej Niemce, która przeklina jego dziecko. Wkrótce rodzi mu się chłopiec o białej skórze i czerwonych oczach. Jest dziwny, nietypowy, poniżany przez wiejską społeczność. W międzyczasie Bronka Geldę przeklina Cyganka. Gdy jego córeczka ma kilka lat, zostaje dotkliwie poparzona w wyniku wybuchu granatu. Na obie rodziny mają wpływ zarówno przepowiednie, jak i liczne zawirowania, własne lęki, obsesje i namiętności. Ich losy spaja związek dwojga odmieńców, introwertycznego albinosa i zakompleksionej dziewczyny z bliznami. W groteskowej i dusznej atmosferze polskiej, zabobonnej wsi, małych miasteczek, powojennej zawieruchy, szarej gierkowskiej rzeczywistości, ponurego stanu wojennego i współczesności obserwujemy historię kolejnych pokoleń dwóch złączonych dziwacznie rodzin aż do Sebastiana, syna Wiktora Łabendowicza i Emilki Geldy.

wtorek, 4 września 2018

Jakub Małecki „Odwrotniak” – recenzja



Jakuba Małeckiego nie trzeba przedstawiać żadnemu fanowi polskiej prozy. Autor, który wsławił się Dygotem i Rdzą, został wielokrotnie wyróżniony i doceniony przez krytyków, z miejsca stał się jednym z najpopularniejszych pisarzy. Czy Odwrotniak, jedna z jego nieco „starszych” książek, jest równie dobra, co te sławne?
Jakub Małecki Odwrotniak, stron 256,
Wydawnictwo W.A.B., 2013
Izabela Grycz ma dziewięćdziesiąt jeden lat i jest autorką bestsellerowej powieści Odwrotniak. Obecnie samotna i opuszczona kobieta zmaga się ze zdrowiem – coraz słabiej widzi i coraz mniej pamięta. Nie mogąc pogodzić się ze starością, próbuje przypomnieć sobie czas, w którym poznała swojego odwrotniaka – malarza z kulą w głowie, z którą po wojnie połączył ją płomienny romans. Nikomu nie ufa, a pomocy szuka u swojego wnuczka, Ignacego Korzenia. Chłopaka jednak niewiele obchodzą problemy babci. Sam ma własne demony – pisze listy do dziewczyny, w której jest szaleńczo zakochany… ale nigdy z nią nie rozmawiał. Nienawidzi wszystkich równie mocno, jak kocha Adę, którą także obserwuje z ukrycia, robiąc jej zdjęcia i śledząc dziewczynę. Ignacego i Izabelę dzieli wiele dekad, ale łączy ich obsesyjne pragnienie czegoś lub kogoś.

sobota, 1 września 2018

Nowości wydawnicze: wrzesień



Witajcie wrześniowo!

Muszę przyznać, że w sierpniu było dość intensywnie – działo się zarówno prywatnie i zawodowo (urlop i takie tam), jak i blogowo. Zaraz po powrocie z wolnego pokazały się tutaj aż trzy recenzje w trzy dni. Można? Można. Raczej nie uda mi się pisać i publikować codziennie, ale chciałabym na pewno tworzyć częściej treści blogowe. Sporo ostatnio myślałam o całym blogowaniu, książkach i innych rzeczach, trochę poukładałam sobie to w głowie – pisałam też o tym na fanpage’u.
Co zaś będzie we wrześniu? Tego nie wiem. Planuję dalej pisać, oglądać filmy  i czytać – czytam teraz dwie książki i być może napiszę o nich na blogu. Jakoś tak mam motywację, żeby tutaj tworzyć, więc z pewnością możecie oczekiwać jakiejśtam ilości mojej pisaniny. A chyba lubicie, nie?
Tymczasem dziś pierwszy dzień miesiąca, więc tradycyjnie zapraszam na przegląd książkowych premier. Sporo tego jest, więc jak zwykle – będzie co czytać.
Miłego czytania!

BIOGRAFIE
 
premiery: 3, 4, 12, 19, 26 i 27 września

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

„Człowiek delfin” reż. Lefteris Charitos – recenzja



To, co kryje się pod powierzchnią oceanu, od zawsze intrygowało człowieka. A przecież stamtąd pochodzimy, jak wszystkie żywe organizmy. Nie potrafimy jednak oddychać pod wodą, tak wyszło w ewolucji. Czy jest jednak możliwe, żeby tak się stało? Ponoć ludzki organizm ma potencjał, dzięki któremu mógłby wstrzymać oddech podczas przebywania w głębinach oceanu. Za twórcę tej teorii uznaje się Jacquesa Mayola, niezwykłego nurka głębinowego, który jest w tym świecie legendą.
kadr z filmu „Człowiek delfin [Dolphin Man]”, reż. Lefteris Charitos
Jacques Mayol jest jednym z największych w historii nurków. To wielokrotny mistrz świata w nurkowaniu swobodnym, czyli bez butli tlenowej. Był pierwszym człowiekiem na świecie, któremu udało się zejść 100 metrów pod powierzchnię wody. Jest również znany jako filozof oraz propagator teorii o jedności ludzi i oceanu. Marzył o wolności, wyrwaniu się, byciu z naturą, spokoju ducha. Zainspirował mnóstwo ludzi nie tylko do nurkowania głębinowego, ale też ekologii i walki o środowisko. Za pomocą filmu udajemy się w niezwykłą podróż po m.in. Japonii i Marsylii, poznając tego niezwykłego „człowieka delfina”, rozdartego między lądem a oceanem. Obserwujemy, jak pokonuje granice, budzi podwodny potencjał i sprawia, że nurkowanie staje się wręcz transcendentalnym przeżyciem.

niedziela, 26 sierpnia 2018

„Zimna wojna” reż. Paweł Pawlikowski – recenzja


O Zimnej wojnie Pawlikowskiego słyszał już chyba każdy. Nic dziwnego – Złota Palma na festiwalu w Cannes, porównywania Tomasza Kota i Joanny Kulig do światowych gwiazd kina czy pełne zachwytów recenzje bezsprzecznie wskazują, iż najnowszy film reżysera zapisze się w historii polskiej kinematografii. O co tyle hałasu? Czy Zimna wojna jest rzeczywiście tak dobrym filmem, czy całe te opinie i pochlebstwa są mocno przesadzone?
kadr z filmu „Zimna wojna”, reż. Paweł Pawlikowski
Powojenna Polska. Gruzy, popiół i wielkie rany. Narzucana polityczna siła. W tych okolicznościach kompozytor Wiktor i choreografka Irena jeżdżą po kraju, chcąc stworzyć ludowy zespół pieśni i tańca, który miałby szerzyć polski folklor. Ich towarzyszem jest Lech Kaczmarek, należący do partii. Podczas przesłuchań pojawia się Zula, prosta dziewczyna ze wsi. Zula ma charyzmę, niezły głos, charakterek, ambicje, zadziorny uśmiech i mroczną przeszłość. Mówią, że zabiła ojca i ma wyrok w zawieszeniu. Mimo wszystko coś ciągnie do niej Wiktora, i to z wzajemnością. Między tą dwójką zakwita romans, który nie ma jednak nic wspólnego ze spokojnie rodzącym się uczuciem. To wieczna batalia, kłótnie, sceny zazdrości, obsesja, uzależnienie i mocno burzliwy związek, który rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu lat.

sobota, 25 sierpnia 2018

„Tomb Raider” reż. Roar Uthaug – recenzja



Jakiś czas temu Kino Nowej Przygody święciło triumfy. Wśród bohaterów typu Indiany Jonesa wyraźnie przebijała się seksowna pani archeolog Lara Croft, kładąca wrogów na łopatki, uzbrojona w dwa pistolety i spory biust. Zarówno gry z jej udziałem, jak i filmy z Angeliną Jolie odniosły sukces. Niedawno zdecydowano się na odświeżenie historii Lary. Najnowsza produkcja filmowa jest adaptacją właśnie nowych gier, które całkiem przetworzyły wizerunek panny Croft.
kadr z filmu „Tomb Raider”, reż. Roar Uthaug
Lara Croft, jaką poznajemy w najnowszej odsłonie, jest młodą dziewczyną. Pracuje jako kurierka, trenuje na ringu bokserskim, startuje w nielegalnych wyścigach rowerowych, kocha adrenalinę, jest niepokorna i pyskata. Uparta jak cholera wzbrania się przed przyjęciem spadku po ojcu, który zaginął siedem lat wcześniej i został uznany za zmarłego. Tymczasem życie i problemy finansowe zmuszają ją do podjęcia decyzji przejęcia firmy i majątku. Przypadkiem odkrywa zagadkę jego zniknięcia, którą postanawia rozwikłać. Udaje się w pełną przygód wyprawę jego śladami, które urywają się na tajemniczej japońskiej wyspie. Przyjdzie jej zmierzyć się nie tylko z dziką dżunglą i własnymi słabościami, ale też ze złą organizacją chcącą zdobyć władzę nad nadprzyrodzoną mocą.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Anna Lange „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu” – recenzja



Czasy wiktoriańskiej Anglii i w ogóle XIX wiek są wdzięcznym tematem dla twórców fantasy. Do epoki wynalazków, pary i postępu można wpleść dosłownie wszystko. Najatrakcyjniej wyglądają tutaj wątki steampunkowe i magiczne. Te drugie motywy można odnaleźć w debiucie powieściowym Anny Lange, czyli książce Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu.
Anna Lange Clovis LaFay. Magiczne akta
Scotland Yardu, stron 448, Wydawnictwo
Sine Qua Non, 2016
Londyn, 1873 rok. W mieście panują eleganccy dżentelmeni i damy w gorsetach, ale pojawiają się też mniej oczekiwane stwory – ghule, duchy i opętani. Z tego powodu powstaje specjalny Podwydział Londyńskiej Policji Metropolitarnej, zajmujący się nadnaturalnymi zjawiskami. Kieruje nim nadinspektor John Dobson, młody eksporucznik i utalentowany mag. Dobson niestety ma problemy na gruncie prywatnym – nie dość, że w Londynie brak wykwalifikowanych egzorcystów, którzy mogliby się przydać w jego jednostce, to ciągle brakuje mu pieniędzy, a w dodatku wprowadza się do niego młodsza siostra. Alicja Dobson uczęszcza na zajęcia z pielęgniarstwa i magii leczenia, ale nie ukrywa rozczarowania nimi. Wkrótce na drodze rodzeństwa staje dawny przyjaciel Johna, pochodzący z arystokratycznej rodziny Clovis LaFay. Cała trójka rozpoczyna przygodę pełną niebezpieczeństw, mrocznych sekretów rodzinnych i czarów.

sobota, 11 sierpnia 2018

Stephen King „Czarna bezgwiezdna noc” – recenzja



Co tu dużo mówić – Stephen King jest uznawany za mistrza powieści grozy i jednego z najpopularniejszych pisarzy na świecie. Jego książki świetnie się sprzedają, mają rzesze wielbicieli i są licznie ekranizowane. Czy najnowszy zbiór opowiadań jego autorstwa trzyma poziom, czy wręcz przeciwnie? Jak to jest z Czarną bezgwiezdną nocą? Zobaczmy. 
Stephen King Czarna bezgwiezdna noc, tłumaczenie:
Krzysztof Obłucki, Krzysztof Sokołowski,
tytuł oryginalny: Full dark, no stars, stron 512,
Wydawnictwo Albatros, 2016
W niniejszej propozycji Stephen King przedstawia czytelnikowi kilka historii. Ich bohaterami są ludzie, którzy dopuścili się okrutnej rzeczy – popełnili morderstwo. Jest tu farmer, pisarka, facet chorujący na raka oraz gospodyni domowa. Każde z nich miało swoje powody, żeby zabić. Raz to będzie zemsta na oprawcy, raz przypadek, a raz chęć zysku. Tragedia prowadzi do koszmaru, straszne tajemnice wychodzą na jaw, w ofierze budzi się żądza odwetu, a zazdrość prowadzi do nienawiści. Farmer zabija dla pieniędzy, pisarka szuka zemsty na gwałcicielu, zdesperowany mężczyzna zawiera pakt z diabłem, żona odkrywa mroczny sekret męża. Jest też dodatkowe opowiadanie, w którym pisarz przewrotnie odwraca sytuację. Kilka mikropowieści dotyka jednej kwestii – w każdym człowieku, nawet najbardziej niepozornym, tkwi ktoś obcy. Ten ktoś budzi się w ekstremalnych sytuacjach, trudnych do przewidzenia, wyłania się z zakamarków umysłu i mroku duszy.