Seria o Harry’m Potterze to moje dzieciństwo. Uwielbiam
te książki, filmy też ujdą (przynajmniej niektóre), znam to na pamięć i mogę
recytować fragmenty w środku nocy i wstawiona. I choć z początku sceptycznie
przyjęłam pomysł powrotu do tego świata i stworzenia serii filmów o
fantastycznych zwierzętach, tak pierwsza filmowa część była nienajgorsza. Wcale
nie miałam oczekiwań względem Zbrodni
Grindelwalda, wcale i w ogóle. No bo kto by miał?
![]() |
kadr
z filmu „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda
[Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald]”,
reż. David Yates |
Fabuła filmu z założenia koncentruje się na
tytułowym antagoniście, czyli Gellercie Grindelwaldzie. Czarnoksiężnik ucieka z
więzienia i zaczyna gromadzić rzesze zwolenników, aby wspólnie dążyć do
upragnionego celu – braku kompromisów pomiędzy czarodziejami a niemagicznymi. Powstrzymać
go może jedynie Albus Dumbledore, jego niegdysiejszy najlepszy przyjaciel i
wspólnik. Dumbledore po raz kolejny sięga po pomoc swojego byłego ucznia, Newta
Scamandera. Newt wyrusza na poszukiwania Credence’a, który, nosząc w sobie
obscurusa, wciąż poszukuje prawdy na temat swojej przeszłości. Jak się okazuje,
nie tylko badacz fantastycznych zwierząt szuka chłopaka – Grindelwaldowi także
zależy na tym, aby go odnaleźć i wykorzystać do swoich celów.




