sobota, 11 października 2014

„Van Helsing” reż. Stephen Sommers – recenzja



Odkąd pamiętam, filmy i książki o wampirach, wilkołakach i potworach nie z tego świata zawsze mi się podobały. Nic więc dziwnego, że Van Helsing od lat zajmuje czołowe miejsce na liście moich ulubionych filmów.
kadr z filmu „Van Helsing”, reż. Stephen Sommers
Fabuła obrazu Stephena Sommersa, reżysera takich filmowych hitów jak Mumia i Mumia powraca, nie należy do skomplikowanych i jest dość luźną wariacją na temat powielanych wielokrotnie wątków i postaci. Ale po kolei. Mamy XIX wiek. Gabriel Van Helsing, pogromca potworów działający na usługach tajnego zakonu z siedzibą w Watykanie, po rozprawieniu się z terroryzującym Paryż Mr Hyde’em otrzymuje kolejne zlecenie: wraz z bratem zakonnym Carlem zostaje wysłany do Transylwanii, gdzie panoszy się nieśmiertelny wampir Dracula. Zadaniem Van Helsinga jest pozbycie się wampira i tym samym pomoc cygańskiej księżniczce Annie Valerious, ostatniej członkini rodu od wieków walczącego z rumuńskim hrabią oraz uratowanie ich od klątwy i wiecznego potępienia. Jakie role mają do odegrania w tej historii brat Anny, Velkan, oraz monstrum stworzone przez doktora Frankensteina?
Doktor Jekyll alias Mr Hyde, Dracula i jego narzeczone, potwór Frankensteina oraz wilkołaki to fantastyczne stworzenia wymyślone przez ludzką wyobraźnię i doskonale zakorzenione w popkulturze. W filmie Sommersa pojawiają się wszystkie naraz – co jest nawiązaniem do klasycznych horrorów z lat 30. i 40. – tylko po to, żeby efektownie umrzeć z rąk Van Helsinga i utorować mu drogę do happyendu (w pewnym sensie). Sam Abraham Van Helsing jest również postacią literacką znaną z słynnej powieści Brama Stokera z 1897 r. pt. Dracula, gdzie występował jako legendarny łowca potworów. Tutaj, grany przez Hugh Jackmana, niezmiennie kojarzącego się z rolą Wolverine’a z filmów z serii X-men, jest sporo młodszy od książkowego pierwowzoru i oprócz tego przechrzczony na Gabriela, zaś reżyser próbuje dodatkowo go ‘ubarwić’ wymyślając naprędce jego ‘tajemniczą’ przeszłość, co w konsekwencji wypada raczej mało przekonująco.
Jak już było wspomniane wyżej, fabuła filmu nie jest szczególnie skomplikowana. Mamy tutaj połączenie kultowych już postaci książkowych i filmowych, pozlepiane luźnymi wątkami i historią, w której nie brak cudownych zbiegów okoliczności, dziur i logicznych niedociągnięć. Nie jest to najgorszy efekt, ponieważ film z założenia miał być typową rozrywką, która czasem przestraszy, a czasem rozśmieszy. Produkcja Sommersa naszpikowana jest efektami komputerowymi, które 10 lat temu (premiera Van Helsinga miała miejsce 7 maja 2004 r.) robiły całkiem niezłe wrażenie – zwłaszcza jeśli chodzi o mroczną scenografię żywcem wyjętą z dawnych horrorów, która wygląda naprawdę niesamowicie – aczkolwiek dzisiaj wyglądają trochę groteskowo. Transformacje oraz przemiany wampirów i wilkołaków są efektowne i dobrze spełniają swoje zadanie.
Było już o fabule, więc teraz o ważniejszym, a mianowicie o bohaterach. Van Helsing w osobie Hugh Jackmana to takie skrzyżowanie naszego swojskiego Wiedźmina, Indiany Jonesa (nieodłączny kapelusz w wizerunku Gabriela) oraz Jamesa Bonda (naprawdę – przy scenie, w której otrzymuje ‘gadżety’ potrzebne do misji skojarzenia nasuwają się samoistnie). Jest to twardy, mroczny i długowłosy samotnik walczący ze złem, lecz nie do końca jesteśmy pewni, czy rozprawia się z potworami wyłącznie dla zysku, czy też kryją się za tym innego rodzaju pobudki. Kate Beckinsale (Underwold) w roli Anny spełnia swoje zadanie – pięknie wygląda w gorsecie i walczy w malowniczy sposób, m.in. skacząc po ścianach i wykonując liczne akrobacje, ale w zasadzie… nic poza tym. Bardziej przekonujący jest tutaj Richard Roxburgh, czyli hrabia Dracula. Aktor wypada świetnie zarówno jako arystokrata jak i demoniczny wampir, który ma wobec świata niecne plany. Jednak najbardziej urzekła mnie postać Carla, roztrzepanego zakonnika-wynalazcy, który jako jedyny zapada w pamięć i nadaje fabule świeżości i humoru.
Nie da się ukryć, że film Sommersa do najambitniejszych nie należy. Naciągana fabuła nie powala, nie wszystkie efekty specjalne spełniają swoje zadanie, nie ma tu wybitnych dialogów ani gry aktorskiej. Jednak jest w tej produkcji coś takiego, co nie pozwala mi wystawić jej jednoznacznej i obiektywnej oceny. Czy to może przez natłok mojego ulubionego ‘rodzaju’ bohaterów, czy też przez ukazanie ich w tradycyjny sposób (wilkołaki to ludzko-wilcze monstra, a wampiry nie są śliczne i nie iskrzą się w słońcu) – Van Helsing niezmiennie pozostanie na liście filmów, które zawsze będę oglądać z przyjemnością.

3 komentarze: