Mnóstwo jest filmów czy książek o spełnianiu marzeń. Nic dziwnego,
bo temat jest bardzo nośny i lubiany. Zazwyczaj opowiadane historie kończą się
szczęśliwie – w końcu kto chce słyszeć o bohaterze, któremu nie do końca się
udaje? Jednak życie to nie bajka i nie wszystkim zawsze wychodzi. Tak jak w
filmie Księgarnia z marzeniami, który
jest adaptacją nagradzanej powieści autorstwa Penelope Fitzgerald.
![]() |
kadr z filmu „Księgarnia z marzeniami [The Bookshop]”, reż. Isabel Coixet |
Niewielkie, senne miasteczko w Anglii w końcu lat 50.
Florence Green jest wdową z szesnastoletnim stażem i ogromną miłośniczką
książek. Kocha czytać, rozmawiać o książkach i dzielić się wrażeniami z
lektury. Postanawia spełnić jedno ze swoich marzeń i otwiera własną księgarnię,
jedyną we wsi położonej na wybrzeżu. Walczy z wilgocią w starym budynku, biurokracją,
zimnem i niechęcią mieszkańców. Wkrótce jednak pierwszy książkowy sklep w
okolicy zaczyna się podobać. Florence sprowadza dla swoich klientów światową
literaturę, m.in. Nabokova i Bradbury’ego. Zdobywa też sympatię miejscowego
miłośnika czytelnictwa, samotnego wdowca Edmunda Brundisha. Tymczasem nie
wszystkim podoba się książkowe przedsięwzięcie – wpływowa generałowa Gamart
staje na głowie, żeby uprzykrzyć życie i interes Florence.
Film – mimo iż nakręcony przez hiszpańską reżyserkę –
jest na wskroś angielski. Jest tu surowo, sennie, deszczowo i nostalgicznie, a
kadry wypełnia szum morza i traw. Wizualnie wygląda to naprawdę dobrze, zdjęcia
są urzekające i piękne. Sprawia to, że seans jest przyjemny dla oka.
Sama historia może nie jest specjalnie skomplikowana
(swoją drogą, dopiero po projekcji dowiedziałam się, że istnieje książkowy
pierwowzór; trudno mi więc porównywać film do książki). Ot, wojenna wdowa
zakłada księgarnię w sennym miasteczku, co nie podoba się popularnej w okolicy
damie. Florence to urocza, acz nieco naiwna marzycielka, która boleśnie zderza
się z rzeczywistością. W prowadzeniu interesu pomagają jej jedynie nieliczni
mieszkańcy, jak choćby nastoletnia Christine, która jednak woli matmę od
czytania. Kłody pod nogi pani Green rzuca także wspomniana wpływowa i bogata
żona generała, wredne babsko, które zrobi wszystko, aby doprowadzić do
zamknięcia księgarni. Również i pyszałek Milo North z pozoru jest miły, ale w
konsekwencji okazuje się bufonem. Większość ekranowego czasu kradnie Bill
Nighy, który jako podstarzały odludek mieszkający w wielkiej posiadłości
zaczytuje się w książkach podsyłanych przez Florence, zaś między nim a
właścicielką księgarni rodzi się coś na kształt uczucia.
No właśnie, „na kształt” – z pozoru film jest pełen
emocji, ale w gruncie rzeczy albo ich nie widać, albo są dopowiadane zza kadru
głosem narratorki. To dość irytujące, bo narracja zabiera obrazowi to, co miał
powiedzieć. Przyznaję, że chwilami bardzo mi to przeszkadzało. Film jest też
mocno oparty na romantycznym wyobrażeniu angielskiej wioski sprzed półwiecza,
ale choć nie brak w nim wyrazistych charakterów, to cudownie dobrani aktorzy
niewiele mogą, gdy reszta nie gra.
Podsumowując, Księgarnia
z marzeniami jest mimo wszystko uroczym filmem. Mówi o spełnianiu marzeń, magii
czytania, goryczy życia, skrywanych uczuciach i odwadze. Słowem, przyjemna rzecz
do obejrzenia w jesienny, deszczowy wieczór. Można wybrać film zamiast książki –
nic nie szkodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz