Nigdy nie interesowałam się teatrem lalek. Choć w dzieciństwie zdarzyło
mi się obejrzeć kilka przedstawień marionetkowych, to jednak te lalki budziły
we mnie niezbyt przyjemne wrażenie – drewniane kukiełki na sznurkach, bezwolne
i puste, sterowane przez człowieka. Zawsze wydawały mi się też nieco upiorne i
mało przyjazne. Na okładce Córek
marionetek autorstwa popularnej szwedzkiej pisarki Marii Ernestam widnieje
właśnie taka laleczka, łypiąca jednym okiem na czytelnika. Brr.
 |
Maria Ernestam Córki marionetek, tłumaczenie: Magdalena
Anna Kostrzewa, tytuł oryginalny: Marionetternas
döttrar, stron 432, Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015
|
Lato w małym szwedzkim miasteczku, początek lat 80. Jedenastoletnia
Mariana dokonuje przerażającego odkrycia – do jednego z drewnianych koni na
karuzeli przywiązano jej ojca, którego śmiertelnie postrzelono. Policja nie
może (lub nie chce) znaleźć winnego okrutnego morderstwa, a sprawa zostaje
nierozwiązana. Trzydzieści lat później Mariana wraz siostrami nadal mieszka w
tym samym miejscu. Jako córki wędrownych artystów każda z nich wybrała podobną,
artystyczną drogę – Mariana zajmuje się rodzinnym sklepem z zabytkowymi
lalkami, Elena tworzy ciasta i torty o ekscentrycznym wyglądzie, zaś Karolina
utrzymuje się ze sprzedaży obrazów i dekorowania trumien. Spokojne i
przewidywalne życie sióstr oraz reszty mieszkańców malowniczej okolicy przerywa
przybycie Amerykanina Amnona Goldsteina, który zamierza odnowić starą piekarnię
i wyjaśnić pewną sprawę z przeszłości. Przybysz szybko zdobywa zaufanie małej
społeczności, a wraz z jego przyjazdem w miasteczku zaczynają dziać się
niepokojące rzeczy.